Historia pewnego buta

Nie cierpię siedzieć w domu z dziećmi więc tylko kiedy mam okazję porywam dzieciole
i wyruszamy:)) W poniedziałek pojechaliśmy do naszych ukochany przyjaciół. Nela i Gabryś od kilku dni pytali o ciocię Madzię i dzidziusia:) Ja też przebierałam nogami bo zakochałam się w maleńkim cudaczku od pierwszego wejrzenia. Wyjazd na cały dzień z dwójką dzieci równa się temu, że ja wyglądałam jak wół juczny. Kiedy już wsiedliśmy do autobusu wiedziałam, że najgorsze za nami. A właśnie wtedy powinnam powiedzieć "Ahoj przygodo"





Nasz przystanek się zbliżał więc Nelka na ręce, Gabin za rączkę i kiedy już zrobiła krok na dół usłyszałam krzyk Neli "mamoooo buta, buta". Akrobacje na schodach z dwójką dzieci to sport ekstremalny więc szybko wyskoczyłam z autobusu i odwróciłam się, żeby zabrać zgubę. Taaa kierowca chyba miał inne plany, moja ręka o mało co nie została urwana. W ten oto sposób but pojechał zwiedzać świat a jego właścicielka utkwiła na moich rękach.

Do pętli zostały tylko 3 przystanki więc truchtem postanowiliśmy dogonić buta. Ale chwila nie przemyślałam kwestii naszej szybkości. Gabinowski co chwila się zatrzymywał "bo coś zobaczył", Nelka z każdym moim krokiem ważyła coraz więcej. Po przebyciu jednego przystanku dowiedziałam się, że przede mną kawał drogi więc spasowałam. Chciałam spróbować dodzwonić się na zajezdnię ale połowa ludzi z przystanku tak zaangażowała się w sprawę, że dowiedziałam się

"pani kochana ta zajezdnia to taki pic na wodę, żadnej budki nie ma oni o telefonie tam nie słyszeli"

Taaa kolejny plan legł w gruzach. I właśnie wtedy postanowiłam pójść na drugą stronę i złapać nasz autobus...dokładnie wtedy zobaczyłam jak podjeżdża na przystanek i jedyne co mogłam zrobić to mu pomachać:) W międzyczasie zadzwoniłam do naszego przyjaciela. Dzielny wujo gonił autobus. My w tym czasie poznaliśmy całkiem sporą społeczność, która dzielnie nas wspierała:))




Teraz sobie wyobraźcie młoda u mnie na rękach z nóżką w mojej kieszeni krzyczy "nie ma buta, Nela nie ma buta". Wszystkie starsze pani na przystanku miały ochotę wlać kierowcy:)) A tymczasem mój syn grzecznie ślizgał się na malutkiej ślizgawce. Czy wspominała o tym, że obok była malutka kałuża? Czy mogłoby być inaczej...oczywiście, że nie. Młody usiadł pupą w kałuży mocząc sobie cały tyłek i część kurtki. Choleraaaaa! Co jeszcze? Kiedy tak staliśmy ja z Nelą krzyczącą, że nie ma tego nieszczęsnego buta i Gabim otulonym moim szalikiem zaczęłam się śmiać jak głupia:))

Obiecałam sobie, że w tym roku w każdej sytuacji znajdę plusy i będę się ich mocno trzymać. Młody bawił mnie do łez opowiadając każdemu, że historię naszego buta. Tak był przejęty, ze nawet za ba

rdzo się nie przejął mokrymi spodniami...co tam, że na autobus czekaliśmy 45 minut a na dworze było -5 stopni. Styczeń wita nas na wesoło, a może to my nie dajemy się wyśmiewając wszystkie pstryczki jakie otrzymujemy od nowego roku?:)))




PS. Wujek buta odzyskał:))))



Udostępnij:

Komentarze

1 komentarze:

  1. Haha...uśmiałam się:D
    W wyobraźni już widziałam całą sytuację; )
    Gratuluję pozytywnego podjęcia, mnie by pewnie "szlag trafił";)
    Liz

    OdpowiedzUsuń

Dziękujemy za komentarze, nawet nie wiecie ile radochy nam sprawiają:)