Historia pewnej walizki

Nie wiem czemu, nie wiem jak, ale kiedy gdzieś się wybieram nigdy nie mogę narzekać na nudę :) Choć nie jestem roztargniona - przynajmniej według mnie samej - i naprawdę staram się pamiętać o wszystkim to różnie z tym bywa :) Większość moich dalszych wycieczek staje się historią, przy których  wylewam morze łez ze śmiechu :) Moi najbliżsi się już przyzwyczaili i pewnie dlatego tak chętnie wybierają się ze mną na wszelkie wycieczki. Dziś o przygodach z trasy :)

www.favim.com



1 sierpień 2014 roku wyjeżdżamy na nasz rocznicowy weekend :) Uprałam się, żeby Nelka noc przed wyjazdem spędziła w domu. Młoda zasypia wieczorem przy piersi, więc chcąc oszczędzić jej długiej rozłąki - no dobra, sobie też - postanowiliśmy, że rano w drodze na lotnisko odwieziemy ją do rodziców. Lot o godzinie 7:40, więc na lotnisku powinniśmy się stawić o godzinie 6 :) Przynajmniej  taki był plan. Biegiem wpakowaliśmy się do auta i ruszamy. Pierwsze rozstanie z Nelą na kilka dni, więc w głowie miałam 1000 myśli. Wychodząc z auta zobaczyliśmy mamę, która zaczęła przypominać o foteliku dla Neli. Czemu tylko nie napisałam wcześniej SMS-a? Okazało się, że napisała tylko telefon postanowił go przysłać dobę później. Nelka na ręce, tata walizki i biegiem. Buziaki i już pędzimy. Na zegarku 6:00.
 Mieliśmy zaparkować w okolicach lotniska żeby nie zbankrutować na parking lotniczy. Noga na gazie, zdążymy złapać autobus. Auto zaparkowane, ja już gotowa do biegu, ale widzę wzrok L.:
- Ala, a gdzie nasza walizka?
- O nie... Walizka została razem z Nelą.

Czas 6.25, co robić, co robić? Wskakujemy do auta i pędzimy, pominę ile na godzinę. Telefon do mamy, walizka już na nas czeka. Luka wbiega na górę i ruszamy. On przeklina pod nosem, a ja śmieję się jak wariatka :) Jadąc dzwonię do mamy, która pracuje w PLL LOT i zdradza mi tajemnicę, że mamy czas tylko do 7. Inaczej nas nie odprawią. Była 6.45 kiedy na rondzie przez otwarte okno zaczepiliśmy taksówkarza żeby nas podrzucił. Już z walizką wskoczyliśmy do taryfy. Całe szczęście, że trafił nam się super kierowca. Pędził i dał radę.
 Wpadamy na lotnisko i biegiem do odprawy. Pobiegłam tam gdzie pusto, po co spojrzeć na górę, która linia lotnicza. Pan z Air France uśmiechnął się pobłażliwie i skierował w odpowiednie miejsce. Moja mina mówiła wszystko kiedy o 6:57 podbiegłam do odprawy i ujrzałam ogromną kolejkę. No i po locie. Moment zwątpienia i zobaczyłam uroczego starszego Pana, który pomagał spóźnialskim :) Ostatni moment grozy nastąpił, kiedy Pani przy odprawie nacisnęła guzik do wydrukowania nam dokumentu i okazało się, że właśnie zamknęli odprawę:

- Błagam, niech Pani coś wymyśli to nasza rocznica.
- Jak rocznica to jedziecie :)

I pojechaliśmy, a w sumie polecieliśmy :) Powrót był równie ciekawy, ale o tym już kiedy indziej :)

Udostępnij:

Komentarze

2 komentarze:

Dziękujemy za komentarze, nawet nie wiecie ile radochy nam sprawiają:)