Szkoła na wesoło, czyli wpadki blogerek :)


Szkoła to nie tylko codzienne wczesne pobudki, sprawdziany i godziny nad pracą domową. Ja wspominam okres mojej edukacji z łezką w oku. Płaczę przede wszystkim ze śmiechu :) Jak oglądam moje kreacje  z podstawówki i początków liceum, kiedy przypominam sobie pierwsze kilkudniowe wycieczki w liceum czy moje studenckie czasy to cieszę się sama do siebie :) Poprosiłam kilka moich koleżanek blogerek o ich wesołe wpadki szkole, więc dziś na wesoło :)

Zacznę od swoich występów i lansowania nowych trendów.


Lata 90-te to czasy słynnych lambadówek :) Każda dziewczynka z mojej szkoły marzyła o kiczowatej spódniczce wraz z błyszczącymi legginsami! Chodziłyśmy na przerwach kręcąc tyłkami w rytm słynnej Lambady. Kiedy moja mama podarowała mi w prezencie przecudną czarno - różową lamabdówkę byłam w siódmym niebie! Chodź miałam dopiero 8 lat wiedziałam. że to będzie jedne z najfajniejszych ciuchów w mojej szafie. No cóż, jedno jest pewne - zawróciła mi w głowie! Do tego stopnia, że następnego dnia w podskokach powędrowałam w niej do szkoły. Upsss miałam zamiar w niej powędrować, a z tego całego podniecenia założyłam na siebie wszystko za wyjątkiem cudnej lambadówki :) W szatni kiedy to koleżanka dziwnie mi się przyglądała czułam się jak gwiazda w końcu taka spódniczka to marzenie. Taaaa tylko ja potrafię się zorientować dopiero na przerwie po lekcji, że świecę prawie gołym tyłkiem:) Chciałam wprowadzić trend na same legginsy, ale chyba nikt nie łyknął tego, że same rajstopy to hit tego roku szkolnego :) Jak widać świat nie był na to gotowy :)

Budująca mama i jej wspomnienia jak bawiła się w Panią nauczycielkę:

 Pamiętam naszą geograficzkę. Panią Klapę. Pani Klapa była wyjątkowa... I nie mówię tu o milusiej nauczycielce, o nie... To była nauczycielka "starego typu". Taka, która potrafiła uczniem potrząsnąć i była bardzo dużym autorytetem dla uczniów. Była jednak na tyle przyjazna, że kiedy (tak, wiem, bardzo niepolitycznie) wychodziła na papierosa (mocnego BEZ filtra :)), miała wokół siebie wianuszek uczniów słuchających jej opowieści... Miała cięty dowcip, chodziła z domowych klapkach i wiedziała wszystko o swojej dziedzinie...

Nasza geograficzka dawała nam ogrom wiedzy, ale i ją egzekwowała. Mój bliski kolega nie był skory do nauki, więc temat olał i czekała go poprawka. Pani Klapa miała jednak do niego sentyment, pozwoliła więc na egzamin ostatniej szansy – mapa.

Żeby było łatwiej, sama Europa. A że był to przemiły chłopak, to i nie czarna mapa, a zwykła fizyczna, co by sobie mógł przeczytać :)

Do dziś pamiętam, jak się razem uczyliśmy... Półwysep Bretoński – pamiętał, że tam fasolkę po bretońsku jedzą itp... Miał pokazać 10 lokalizacji. Pokazał zero! Więc? Dostał drugą ostatnią szansę – "z kim się uczyłeś?" - "z Werą". - "Szydłowska – pytaj go".

No to pytałam, o to, co mu przetłumaczyłam... Uzbierało się 9, a miało być 10. Pomyślałam o czymś, co jest napisane dużymi literkami, znalazłam z końca sali, więc i On powinien znaleźć. Poza tym, chyba każdy wie, gdzie Moskwa na mapie Europy, więc powiedziałam – "Grzęda Smoleńsko – Moskiewska", w odpowiedzi usłyszałam - "to żeś teraz zajebała". KURTYNA.

Jacek zdał. Rozbroił Panią Klapę i resztę klasy, a mi zapisał się tym w pamięci :)

Joasia z wypaplanych chciała mieć boską fryzurę. A co z tego wyszło?

Z najśmieszniejszymi sytuacjami zawsze kojarzy mi się okres liceum. Wtedy stanowiłyśmy z koleżankami bardzo zgraną paczkę, łączy nas wiele śmiesznych historii i utrzymujemy kontakt do dziś. Pamiętam jak w pierwszym roku edukacji licealnej, nasza szkoła zorganizowała dla wszystkich pierwszych klas wyjazd integracyjny do Gdańska. Młodzież miała się lepiej poznać, a klasy zacieśniać więzi. Wszyscy z przejęciem przygotowywali się do wyjazdu, a rozmowy szkolne kręciły się wyłącznie wokół tego wydarzenia. Ja byłam tak bardzo podekscytowana wyjazdem, że w przypływie weny, w ostatniej chwili wpadłam na genialny pomysł, aby trochę się odpicować. Ostatniego dnia przed wycieczką zakupiłam więc najmocniejszy rozjaśniacz do włosów i… Tak! To wtedy postanowiłam zostać blondynką! Farbując włosy późnym wieczorem, przy żółtym świetle domowym, byłam oczywiście wielce zadowolona z efektów, dlatego dumna z siebie poszłam spokojnie spać. Rano szybko spięłam włosy i spakowana pojechałam się integrować. Niestety co innego zobaczyli koledzy i koleżanki z klasy w świetlne dziennym nad morzem. Moje słabo podatne na farbowanie włosy były całe w ciapki i jak to ktoś słusznie zauważył – wyglądały jakby mi gdańska mewa narobiła na głowę. Odpicowałam się zatem tematycznie  ‘na mewę’, co przez kolejne lata liceum było co jakiś czas wesoło wspominane. Psiapsióły jednak dzielnie wspierały mnie w wyjazdowej niedoli i udawały, że 
z każdym dniem wyjazdu kolor chyba coraz bardziej się wyrównują:)

Ania z Przewijaka podobnie jak ja kreowała trendy modowe:

Od zawsze wiedziałam, że moim przeznaczeniem jest moda. Najnowsze trendy znałam już od kołyski, a Coco Chanel i Diora uważałam za moich najlepszych przyjaciół. Kiedy rodzice zostawiali mnie i moją siostrę same w domu (to były te czasy, kiedy to nie było karalne), buszowałyśmy po szafie mamy i wyciągaliśmy co najładniejsze peerelowskie ciuchy, uważając je za najpiękniejsze na świecie. Maniakalnie nie mogliśmy się doczekać, kiedy rodzice wyjdą z domu, żeby tylko przymierzyć chociaż kilka kreacji. Uwielbialiśmy to! 

Do czasu.

To był piękny majowy dzień. Zmienił on moje nastawienie do mody na zawsze i do tego stopnia, że później zdarzało mi nawet nie wyczesać włosów przed wyjściem do szkoły. Tego dnia szczyt mojego alternatywnego podejścia do mody osiągnął maksymalne natężenie. Tego dnia postawiłam się rodzicom i ubrałam się do szkoły w... Fartuszek! Tak, dobrze czytasz, w fartuszek, który z przodu ma kawałek materiału z falbanką, a z tylu oprócz sznureczka widać rajstopki i bluzeczkę. 

Te wydarzenia zniknęły w czeluściach mojej głowy tuż obok nieudanej próby skubnięcia muszelki z taszy w Kołobrzegu i zabawy w chowanego z kilka lat starszymi kolegami. Nie pamiętam dlaczego nie chciałam już później eksperymentować z modą. Wszyscy się śmiali? Ktoś miał ładniejszy fartuszek? A może ktoś chciał mi go zabrać, taki był wyjątkowy?! Być może przez to jedno zdarzenie Polska straciła wspaniałą projektantkę mody?! Tego się już nie dowiemy. W każdym razie odmówiłam pójścia na drugi dzień do szkoły w fartuszku i tak jak inne nudne dzieci - ubrałam się w różowe getry z Dalmatyńczykami i czerwoną pasiastą bluzeczkę.


Ania z Dzięcięcych Klimatów  to idealna uczennica. Jej przygoda to wpadka złotego dziecka:



W szkole byłam wzorową uczennicą... grzeczną, ułożoną chyba pupilką pani... jak z rękawa mogę sypać wpadkami z przedszkola, albo liceum... ale podstawówka? dziura niepamięci:) niemniej przewertowałam wspomnienia i jest! moja szkolna wpadka wiąże się z moją największą zmorą... ortografią... dyktanda zawsze psuły mi średnią... jak w wyrazie można było zrobić błąd ortograficzny ... ja go robiłam. Wiecie kto w potrafił i zrobił dwa błędy w wyrazie łóżko? tak ja... i jeszcze na domiar złego moja mam została wezwana do szkoły, bo tłumaczyłam pani, że nie mam w domu słownika ortograficznego... i wszystko dlatego... Pani się przejęła moją sytuacją... biedna, mądra dziewczynka... moja mama mało nie zapadła się pod ziemię jak to usłyszała, a ja za karę musiałam zakuwać ortografię obłożona wszystkimi słownikami ortograficznymi jakie w domu jednak były.


Na koniec moja Karolina z Mamaronii - szalona do dziś, a jej opowieść pokazuje tylko odrobinkę jej uroku:


Pamiętam jak dziś. Zerówka w piwnicznych podwalinach szkolnych murów. I ta szkoła tak blisko, choć tak daleko. I tęskne spojrzenia dzieci zerówkowych za tą szkołą. W tym i moje. Dlatego razu pewnego z koleżanką postanowiłyśmy tą szkołę zdobyć. Tak, tak, zdobyć. W ramach zdobywania urządziłyśmy sobie pierwsze wagary. Szybko zaczynałam, nie? Wzięłyśmy ze sobą zabawkowe kosmetyki. Puder, róż, cienie i inne te babskie duperele. Kiedy zaczynały się zajęcia my z koleżanką i całym tym majdanem postanowiłyśmy wkroczyć w szkolny świat. Wyszłyśmy schodami do góry i już byłyśmy w szkole. Była ogromna. I głośna. Stanęłyśmy przy kaloryferze i zaczęłyśmy...się malować. To oczy, to policzki, to rzęsy. Czułyśmy się, jak piękne księżniczki. Bajkowe księżniczki. Mało tego najwyraźniej chciałyśmy wyrwać księcia, bo kiedy chłopcy szkolni koło nas przechodzili trzepotałyśmy wyimaginowanymi rzęsami. Myślałyśmy, że są do nieba a my jesteśmy dzięki makijażowi dużo doroślejsze niż byłyśmy. Niestety chłopcy szkolni, czyli książęta z wyższej półki jakoś nie złapali o co nam chodzi i byli odporni na wdzięki nasze. Peszek. Niestety też zostałyśmy namierzone przez panią naszą i ściągnięte na zajęcia do podziemi. Choć książę się nie wyrwał na nasz urok to wspomnienia zostały. I ten dreszczyk emocji. To się nazywa coś.


Dziewczyny wielkie dzięki za podzielenie się swoimi przygodami :)

Udostępnij:

Komentarze

4 komentarze:

  1. Świetne te opowieści. Ja pamiętam z liceum jak kolega na sprawdzian nic nie umiał z matematyki. Więc sobie rysował z tyłu kartki. Po sprawdzianie matematyczka (bardzo specyficzna), oprócz pały sprezentowała mu kolorowankę i kredki. By mógł się wyżyć artystycznie gdzieś indziej niż na sprawdzianie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. zawsze wiedziałam, że jesteś pozytywnie zakręcona. ale żeby zapomnieć spódnicy ;)?

    OdpowiedzUsuń
  3. No, Ala, rozbiłaś bank :D Nawet ja zawsze jednak ubrana wychodziłam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. heheeh uśmiałam się :) i przyznam, że u mnie też takich szkolnych wpadek było mnóstwo :D ale o niektórych to... wstyd pisać:D

    OdpowiedzUsuń

Dziękujemy za komentarze, nawet nie wiecie ile radochy nam sprawiają:)