Kiedy wszystko idzie nie tak - krzyk nie jest rozwiązaniem


Są takie dni kiedy cały mój optymizm, pomimo wielkich chęci dania o sobie znaku życia, nagle pryska. Wszystko, absolutnie wszystko jest do niczego. Dzieciole wyczuwają, że moje chęci na cokolwiek mniejsze od zera, więc dochodzą do wniosku, że nie ma  nic do stracenia. Dziwne zbiegi okoliczności, telefony pełne złych wieści powodują, że mam ochotę rzucić wszystko w cholerę i z kubkiem gorącej herbaty schować się pod kołdrą. A może nie, bo właśnie dziś kubek się nie zamknął i zalał mi całą torebkę i mój ukochany szal! Zmarzłam jak cholera, ale co tam. Przyznam szczerze, że niczego lepszego się nie spodziewam w tym tygodniu.

Wyciągnęłam dzieciole spod kołdry i porwałam na spacer. Miał zdecydowanie poprawić mi nastrój. Niestety "miał" nie przeszedł metamorfozy w "poprawił". Nela kładąca się na chodnik.u bo "ona nie ma siły", Gabin ewidentnie nie w nastroju na cokolwiek. Nie pomogły rurki z kremem, nie pomogły kaczki. Generalnie wszystko jest do bani. I gdyby tylko nie to, że właśnie mamy przeprawę z ubezpieczalnią, ja stresuje się psychologiem Gabina i jego edukacją i dopadł mnie jakiś cholerny wirus pewnie nawet to nie wzruszyłoby mnie. Dziś jednak miałam ochotę krzyczeć, położyć się tuż obok niej na tym cholernym chodniku albo zniknąć.

Na klatce schodowej kiedy Gabin postanowił położyć się na schodach w swojej niemocy, a czujni sąsiedzi wystawiali głowę za drzwi miałam wrażenie, że wybuchnę, Za dużo tego szczęścia. Jednak w głowie cały czas mam jedno, że krzyk nie jest jakimkolwiek rozwiązaniem. Za każdym razem jak podniosę głos mam wrażenie, że zamiast rozwiązać problem jeszcze go potęguję. Sama nie toleruję, kiedy ktoś zaczyna na mnie krzyczeć. Dlaczego mam to robić tym, których kocham najbardziej na świecie?

Moja niemoc jest moim osobistym problemem, nie mogę za to winić kogokolwiek innego. No chyba, że specjalnie chciał mnie kopnąć w kostkę. Nie chcę aby dzieci mnie się obawiały, nie chcę aby w moim domu krzyczano na kogokolwiek, a tym bardziej na bezbronne dzieci. Tak czasami mam na to ochotę, ale wtedy liczę do 10 i staram się ze wszystkim sił znaleźć inne rozwiązanie. Niestety w naszym społeczeństwie nadal jest przyzwolenie na zastraszanie dzieci krzykiem. Nie chcę być jedną z wielu wrzeszczących.

Kiedy Gabinowski wreszcie doszedł do domu, rozebrał się i wtulił we mnie i zasnął. Na mnie spłynęła mała dawka dobrego nastroju. Misja zakończona sukcesem - dotarliśmy do domu, a ja pozostałam wierna swoim zasadom.















Udostępnij:

Komentarze

2 komentarze:

  1. Mam pytanie. Będziesz odraczac od szkoły Gabrysia?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obecnie analizujemy wszystkie za i przeciw więc ciężko mi powiedzieć na chwilę obecną. Gabin chce iść do szkoły ze swoimi przyjaciółmi więc bardziej skłaniam się do puszczenia go normalnym tokiem. Zobaczymy też co powie na to psycholog:)

      Usuń

Dziękujemy za komentarze, nawet nie wiecie ile radochy nam sprawiają:)