Krótka pamięć matki




Pamięć to zdecydowanie moja mocna strona...jednak okazuje się, że moja "matyczna" moc jest silniejsza. Doskonale pamiętam pierwsze uśmiechy moich dzieci ich pierwszego zęba. Zamykam oczy i słyszę pierwsze nieśmiałe "mamo". Te wszystkie piękne momenty kolekcjonuje starannie przez ostatnie lata. A co z gorszymi momentami? Czy równie dobrze je pamiętam, jeszcze niedawno byłam przekonana, że tak. Chyba jednak macierzyństwo działa doskonale każdego dnia wykruszając te gorsze dni.



Kiedy Nelka dorosła do momentu, kiedy jej poczucie własności zdominowało każdą inna potrzebę ja otrzymałam w gratisie zimny prysznic. Zabierała wszystko bratu radośnie oznajmując, że to jej. Odebranie danej rzeczy kończyło się karczemną awanturą naszej małej dziewczynki. W piaskownicy siedziała sama pilnując swojego dobytku...w końcu to JEJ zabawki. Nie lubię tego okresu u moich dzieci...cieszyłam się, że u Gabrysia nigdy nie było problemu z bardzo silnym poczuciem własności. Dopiero mój mąż uświadomił mi, że miał. Zszokowana cofnęłam się do wpisów na blogu...i wiecie co się okazało naprawdę miał fazę "zostaw to moje". Minęło kilka lat, a ja wyczyściła samoistnie złe momenty.

Pamiętam jak przez mgłę te nieprzespane noce, czasy oblężenia chorobowego. Wtedy wydawało mi się, że nigdy nie wyjdziemy z domu, a błędne koło wciągnęło nas na zawsze. Jednak matczyna pamięć znowu mnie wyratowała wraz z przybyciem wiosny. Uwierzcie, że pamiętam tylko że chorowali, ale nie było najgorzej. Pamiętam, że Gabryś budził się do trzeciego roku życia w nocy, a może drugiego...dziś nie ma to większego znaczenia. A ja i tak najbardziej pamiętaj jego w żółtej piżamce z  Kubusiem Puchatkiem wdrapującego się na nasze łóżku i wtulającego w nas. Pamiętam, kiedy siadał obok mnie i próbował mnie objąć mówiąc "mamusiu tokam cię bardzo".

Wspomnienie pierwszego porodu też owiane jest mgłą, zakodowałam sobie tylko, że nigdy więcej nie trafię do tego szpitala. Narodziny Gabrysia, Neli i Zoi wspominam jako jedne z najpiękniejszych dni w swoim życiu. Nie pamiętam bólu ani strachu, chyba endorfiny zrobiły swoje. Bo dziś wspomnienie porodu wywołuj uśmiech na mojej twarzy.

Dochodzę do wniosku, że macza w tym palce matka natura. Wybarwiając te gorsze momenty doprowadza do tego, że po raz kolejny marzymy o małym człowieku. Dziś jestem wdzięczna za te brakujące puzzle w mojej pamięci. Dzięki nim cieszymy się Zojką!

Udostępnij:

Komentarze

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Dziękujemy za komentarze, nawet nie wiecie ile radochy nam sprawiają:)